"Ale na gardle jego spoczęły ręce jednego z panów, gdy drugi tymczasem wepchnął mu nóż w serce i dwa razy w nim obrócił. Gasnącymi oczyma widział jeszcze K., jak panowie, blisko przed jego twarzą, policzek przy policzku, śledzili ostateczne rozstrzygnięcie. „Jak pies!” – powiedział do siebie: było tak, jak gdyby wstyd miał go przeżyć."
Franz Kafka
Proces
P. nie należał do ludzi, którzy mieliby czas i chęci, czy możliwości dla analizy swej nieskomplikowanej osobowości. W całej swej smętnej i ponurej posturze człowieka przegranego przypominał otyłego stracha na wróble z tępym wzrokiem rzeźnego wołu. Jak na kogoś stojącego wiecznie na bakier z prawem, zepsutego i skorumpowanego, prowadził dość regularny żywot prowincjonalny, z poranną grzanką i pospolitego gatunku kawą, z południowymi wizytami w taniej jadłodajni i wieczorną butelczyną stołowego wina, którą wypijał przeważnie w samotności.
Gdy pewnego dnia wszystko się odmieniło, jego myśli już na zawsze pozostały w tyle, za rzeczywistością.
Jego umysł cinkciarza i małomiasteczkowego hochsztaplera nie ogarniał tego, gdy w kolejce po jego fotografie z autografem ustawiały się żony stołecznych nobilów i wysokiej rangi urzędników. Wcale nie wiedział o tym, że tysiące gospodyń domowych wzdycha do jego podobizny umieszczonej na słoikach z marynowaną flądrą. Na ów pomysł, opatrzenia słoików z flądrą wizerunkiem P. wpadł pewien, stojący na skraju bankructwa, drobny przedsiębiorca, który z głupia frant podczas letniego, wieczornego pokerka na osiedlowej ławce mu zaproponował:
- Skoro nie masz już forsy, to postaw siebie, co? Spisali odpowiednią umowę na zmiętej kopercie wezwania sądowego i tak oto marny, ale sprytny przedsiębiorca miał stać się niebawem milionerem. Przebijając fulem, zszokowanego i niedowierzającego P., kładącego na ławce swą karcianą chlubę, piękny kierowy kolor od damy. W zeszłym roku marynowana flądra á la proces gościła już na wielu wigilijnych stołach. Co ambitniejsze restauracje wstawiły ją jako zakąskę do swego menu. Zagryzanie imieninowej wódeczki tym rarytasem, stało się bardzo modne. Tak jak kariery polityczne, marsz rynkowy flądry przebiegał burzliwie. Od niejadalnego, niesprzedawalnego produktu, ku zawrotnej karierze swoistego hitu kulinarnego, którego przyrządzanie na różne sposoby prezentowano w niedzielnych programach telewizyjnych. Oglądał go cały kraj. Od kasjerek supermarketów, poprzez urzędniczki państwowe, aż po świat mediów, kultury i polityki. Żony i kochanki polityków i biznesmenów zabiegały o względy P., wabiąc go wyperfumowanymi dekoltami i dietetycznymi udami. Skrycie plotkowano o jego bliżej nieokreślonych smakach erotycznych. Podobno uwielbiał dłonie i stopy kobiece. Żadna z dam nie wiedziała dokładnie, o co mu konkretnie chodzi w jego seksualnych wizjach. On sam tego nie wiedział, ale czuł, że zwraca na siebie uwagę wszystkich, mówieniem o swych upodobaniach seksualnych, stąd na bankietach czy w wywiadach do gazet powtarzał ową teorie o dłoniach i stopach prawie zawsze. Renomowane zakłady kosmetyczne, producenci środków do higieny stóp i rąk oraz wytwórcy kosmetyków, prowadzili poważne negocjacje biznesowe, celem odkupienia wizerunku P. od byłego drobnego przedsiębiorcy, który dziś już zamienił poplamioną, sfatygowaną, kraciastą marynarkę na garnitur Diora, jak na senatora przystało.
Pomyśleć, że zaczęło się od pewnej idiotycznej wprost historii. Pewnego dnia na jakimś festynie podszedł do ambasadora Iwana Czatera i wylał nań kubek piwa. Sam P. twierdził, nie wiedział czemu to zrobił. Z relacji naocznych świadków wynikało, że P. postawił narzeczonej ambasadora kubek z piwem i uśmiechając się do niej, zaczął bezczelnie z nią flirtować, ocierając dłonią, niby to od niechcenia, rubasznie jej konsularny brzuszek i transferowe podbrzusze. Nachylając się nad uchem gwiazdeczki muskał jej ucho swymi wąskimi wargami prowincjonalnego, błazeńskiego gangsterka. Narzeczona potraktowała to jako żart i swoistą reklamę wizerunku.. Wizerunku narzeczonej arystokraty, bratającej z menelem. Ot, szokująca prezentacja w stylu United Collors of Benetton. Sam ambasador potraktował to niezwykle ambicjonalnie i burknął coś wściekły w kierunku P. Ten zaś chlusnął podłym piwem po Guccim ambasadora. Jakaś drobna szarpanina, interwencja ochrony i sporo zamieszania wokół dygnitarza i P. Pewnie cała sprawa rozeszłaby się po kościach i tani spekulancik poszedłby w zapomnienie, gdyby nie obecność telewizji, która sfilmowała zdarzenie i puściła relację w wieczornych wiadomościach. Po tym fakcie reakcja była łańcuchowa, jakby P. stanowił tę drobinę brakującą do masy krytycznej. Prasa, wywiady, dyplomatyczne skandale, aż po parlamentarne debaty.
P. surfował na falach swej niezrozumiałej dla niego kariery. Nie wiedział i nie mógł wiedzieć, ilu ludzi w ten sposób zaczarował, ilu skompromitował. Elity w końcu poczuły grożące im niebezpieczeństwo, gdy obudził się w nich instynkt samozachowawczy, gdy pierwszy raz tak skrajne opcje polityczne poczęły zawiązywać koalicje, kiedy pojęli, że stają się jego zakładnikami, bo to on przecież, acz nieświadomie, ale jednak de facto, kreuje ich wizerunki sondażowe i zaczynają błyszczeć już światłem odbitym. Był za tępy i do tego stopnia nieobecny w ich atmosferze, że nie widzieli możliwości jakiejkolwiek manipulacji nim. Układanie się z osobnikiem o tak ograniczonej wiedzy i fragmentarycznej inteligencji w ogóle nie wchodziło w grę.
Szybko pojawiły się teczki, niewykupione weksle, wielomilionowe, zdefraudowane kredyty bankowe, a nawet dowody na to, że posiadał w Luksemburgu konta wspólne z wieloma skompromitowanymi politykami Ameryki Południowej. Kiedy przesłuchujący prokurator nadymał mięsiste jabłkowe wargi, spod oszpeconego wągrami nosa i spoglądał na papierowy dokument, na którym jasno i dobitnie było napisane, że P. uczestniczył w co najmniej dwóch zamachach terrorystycznych, jako były sierżant Legii Cudzoziemskiej, podejrzany nie rozumiał ni słowa człowieka czytającego owe sensacje. Ten przygarbiony urzędnik wiedział doskonale, że jeszcze przed dwoma laty, najdalszą wyprawą poza rodzinne miasteczko P., była jego wycieczka szkolna sprzed lat do stolicy.
Nawet gdy na sygnale, poprzez neony miasta, pośród migających billboardów demokratycznego świata, wiozła go karetka więzienna, on był swym umysłem nadal poza realnym światem. Jechał w miejsce, którego już miał nigdy nie opuścić, skazany prawomocnym wyrokiem sądu. Był teraz poza tym czasem, poza tą przestrzenią, jego opóźniona i wątła świadomość krążyła jeszcze gdzieś w abstrakcyjnych turbulencjach. Myślał, że to jakaś kolejna fiesta na jego cześć, że zaraz zobaczy uśmiechy dam z pierwszych stron gazet. Wręczą mu kolejne puchary, odznaczenia, czy symboliczne upominki. A on będzie przebierał wśród wdzięczących się doń eleganckich pseudointeligentek i pustych karierowiczek. Znowu po kątach krążyć będą plotki o jego kolejnych podbojach miłosnych, o jego gustach, pragnieniach. O jego wizjach. Gdy znów będą wsłuchiwać się w rytm jego słów. Słów, których wypowiadał kilka, tylko w różnych kombinacjach i tonacjach. Bo przecież do powiedzenia nic nie miał.
Mechanicznie zerknął na tarczę Breguet’a z dedykacją prezydencką na odwrocie. Jakby przez moment błysnęła mu myśl, że ten szwajcarski klejnot wskazuje inny czas, w zupełnie absurdalnej przestrzeni. Jedno wiedział z całą pewnością. Chciał wrócić tylko do jednego dnia, do jego najszczęśliwszego momentu swej topornej egzystencji. Prostego dnia i prostego życia drobnego pechowca i nieudacznika. Do tego jednego wieczoru, gdy wyszedł z Ewą z prowincjonalnego, dusznego od spoconego odoru kina. Kiedy wspólnie, śmiejąc się szczerze i prosto, oglądali „Karierę Nikodema Dyzmy”. Gdy potem patrzyła na niego uśmiechnięta, a on trzymał jej dłoń, zajadając befsztyk tatarski w najlepszej restauracji tego zadupia, popijając go chłodnym, beczkowym piwem z cienkiego szkła. Szukał dziś na próżno w spojrzeniach kobiet tej ulotności tamtej chwili, której nie potrafił nigdy zdefiniować. Cienkie szkło i owa restauracja były już dlań szczytem marzeń i spełnienia. Na tej jego intelektualnej Gobi i Saharze nadziei na lepszy los. A spojrzenie utraconej na zawsze kobiety było darem Boga i Losu, jak dla innych geniusz, czy wyobrażenie przestrzeni i czasu poza układem inercyjnym.
Układ Nieinercjalny Procesa, czyli Kronika pewnej wirtualnej śmierci, z tomu Raport z umierania na czacie (szkic) [by proces7].
proces